„Wolę mieć siniaki niż wrzody”

Rozmowa Barbary Kanold z K. Popową-Zydroń („Głos Wybrzeża”, 27-29 lutego 2004r.)

  • IX Międzynarodowy Konkurs Chopinowski w 1975 roku dobrze zapisał się w pianistyce pomorskiej. Po raz pierwszy gdańszczanka uzyskała wyróżnienie.
  • Konkurs przeszedł do historii przede wszystkim jako wielkie zwycięstwo młodziutkiego wtedy Krystiana Zimermana. Ale rzeczywiście w Gdańsku mówiło się wówczas sporo o moim wyróżnieniu.
  • Rodowita Bułgarka w barwach Polski!
  • Do konkursu stawałam jako obywatelka polska, uczennica znakomitego pedagoga, zmarłego niedawno prof. Zbigniewa Śliwińskiego. Czuję się Polką, bo chociaż urodziłam się w Sofii, żyłam tam tylko osiemnaście lat, a całe dorosłe życie to Pol­ska. Po bułgarsku mówię, niestety, coraz gorzej, coraz mniej rozumiem z tego co czytam w tamtejszych gazetach, bo język się zmienia.
  • Dla profesora przeniosła się Pani z Poznania do Gdańska. A jak z rodzinnej Sofii trafiła Pani do poznańskiej uczelni?
  • To jest w pewnym sensie pytanie o mężczyzn i uczucia. W Bułgarii poznałam Antoniego Zydronia, artystę plastyka. Zakochałam się, w maturalnej klasie przyjechałam do Polski i natychmiast wyszłam za mąż.
  • Związki artystów bywają na ogół trudne.
  • Nasz nie wytrzymał próby czasu, trudno było skoordynować nasze zajęcia i zainteresowania w czasie. Plastyk nie musi - jak muzyk - ćwiczyć po kilka godzin dziennie. Nie chciałam iść na kompromis i rezygnować ze swoich planów życiowych.
  • Muzyka była silniejsza niż uczucie. Miała ją Pani w genach?
  • W rodzinie uprawiano ją amatorsko, acz bardzo intensywnie. Ojciec, inżynier, był wielkim melomanem, miał ponad pięć tysięcy płyt. Ponadto był koncertmistrzem w orkiestrze wojska bułgarskiego, grał też na klarnecie, co niedzielę odbywały się domowe koncerty kameralne. Mama, z zawodu anglistka, bardzo pięknie śpiewała i grała na fortepianie. Była dobrze wyedukowana, m.in. przez znakomitego pianistę i kompozytora Dymitra Nenowa. Czuję się trochę jego wnuczką.
  • Pierwszą Pani nauczycielką była ciocia.
  • Razem z matką brały mnie w obroty, kiedy skończyłam siedem lat, bo do jedynej w Sofii centralnej szkoły muzycznej przyjmowano tylko te dzieci, które już grały.
  • Omal jednak nie zrezygnowała Pani z muzyki już na samym początku.
  • Mama - krytycznie nastawiona do mojej pracowitości i bardzo pesymistycznie do zawodu muzyka - posłała mnie do liceum z językiem niemieckim. Ale w Polsce natychmiast wróciłam do muzyki, szczególnie kiedy okazało się, że idzie mi to łatwo.
  • Nie uwierzę, że nie siedziała Pani kilka godzin dziennie przy instrumencie!
  • Musi pani uwierzyć, bo byłam dosyć leniwa. Byłam młoda, wszystko mnie interesowało i wcale nie chciałam dużo ćwiczyć. W czasie konkursu nie przyznawałam się do tego, szczególnie dziennikarzom.
  • To się z biegiem lat zmieniło?
  • Dziś jestem muzykoholikiem chorym na muzykę. Dwa tygodnie świątecznej przerwy, bez instrumentu, wprawiły mnie niemal w depresję, a nastrój poprawił się zaraz pierwszego dnia, kiedy po­szłam do pracy. Staję się coraz bardziej pracowita, może to jest chore? Myślę jednak, że ludzie po pięćdziesiątce są doświadczeni, dyspozycyjni, lepsi w pracy, nie mają małych dzieci. W wielu krajach profesorowie uczą do późnych lat.
  • Wyróżnienie w konkursie zaowocowało intensywną działalnością estradową. Dużo było koncertów, także poza krajem.
  • Może nie aż tak dużo, ale trudno znosiłam samotność hotelowych pokoi, najczęściej nawet nie miałam okazji poznać miasta, w którym grałam. Nie powiem, że nie lubię być sama ze sobą, ale większą radość sprawia mi obcowanie z drugim człowiekiem. Widzę w sobie nie tyiko zamiłowanie do muzyki, ale i do ludzi, którzy kochają muzykę - są inni, chyba lepsi. To mi daje pedagogika.
  • Jest Pani czwartym nauczycielskim pokoleniem w rodzinie.
  • Uczyły mama, babcia i matka mojego dziadka, mam to chyba we krwi. Zaraz po studiach zaangażowano mnie do Akademii Muzycznej w Gdańsku jako akompaniatora, potem asystenta. Ale z koncertowania nie zrezygnowałam nawet po urodzeniu dzieci. Zresztą koncertowanie pomaga mi w pedagogice.
  • Jako profesor prowadzi Pani klasy fortepianu w Akademii Muzycznej w Gdańsku, a także w Bydgoszczy.
  • Mam też kilku uczniów w średniej szkole we Wrzeszczu. Trudno mi czasem odmówić.
  • W muzyce mniej ważne jest chyba kto jaką skończył uczelnię, ale u kogo się uczył.
  • Na ogół uczniowie sami przychodzą do konkretnego pedagoga. Musi zaistnieć głębokie porozumienie na zasadzie mistrz - uczeń.
  • Czyli grają „pod Popową”?
  • To brzmi trochę pejoratywnie, ale wpływ nauczyciela na artystyczne oblicze ucznia jest ewidentny. Nie ma czegoś takiego jak absolutnie obiektywne przedstawienie muzyki, nuty są tyto sygnałem, muszą wywołać reakcję u wykonawcy, on je rozumie poprzez swoją osobowość ale niewątpliwie mój wpływ na jego interpretację odgrywa kolosalną rolę.
  • Zdarza się, że uczeń nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Co wtedy?
  • Nigdy nie zakładam jakiegoś optimum oderwanego od konkretnej jednostki, stawiam sobie cele na miarę osoby, z którą pracuję. Dążę, żeby uczeń spełnił swoje, a nie moje możliwości. Z każdego nie można zrobić Zimermana.
  • Nie uczy Pani dzieci, dlaczego?
  • Wyliczyłam kiedyś, że w przypadku dzieci siedemdziesiąt procent to praca nauczyciela, w liceum już tylko pięćdziesiąt, a ze studentem trzydzieści procent pracy należy do pedagoga. Rola się zmniejsza, przechodzi w wyższe rejony, ale tych wyższych nie osiągnie się bez bazy, którą przygotowują szerzej nieznani nauczyciele najmłodszych uczniów.
  • Laurów nie zbierają, to prawda.
  • Oczywiście mówi się tylko o ostatnim profesorze, który ma znaczący wpływ na artystyczne oblicze, ale jaką techniką jest ono realizowane, jakie pianista ma podejście do dźwięku, to zależy w dużym stopniu od pierwszego nauczyciela.
  • Własne dzieci posłała Pani kiedyś do szkoły muzycznej.
  • Ewa i Franciszek w domu od podszewki oglądali zawód mój i ich ojca, Waldemara Wojtala. Widzieli jaki jest trudny, nie mieli w sobie koniecznej pasji.
  • Praca rodziców była dla nich przeszkodą?
  • Może nie aż tak, ale w muzyce upatrywali konkurencję dla siebie w naszych sercach. Nie bardzo chcieli ćwiczyć, uważali, że przy takich rodzicach w tydzień przygotują się do egzaminu. Ale nie żałuję swoich decyzji, szkoła mu­zyczna ich rozwinęła, potrafią panować nad stresem, nad nerwami, umieją się zmobilizować.
  • W córce odezwała się bułgarska krew?
  • Można tak powiedzieć, Ewa studiuje w Poznaniu bułgarystykę i kroatystykę, nastawiona jest generalnie na Bałkany. Ma niewątpliwie artystyczną duszę. Syn Franciszek jest studentem Szkoły Głównej Handlowej. Uważa, że - w przeciwieństwie do nas - będzie dobrze zarabiał. Zobaczymy. Starałam się nie wytyczać drogi rozwoju wła­snym dzieciom, niech się usamodzielniają i same walczą o swoją przyszłość, choć to czasem dla rodziców bolesne.
  • Nie udziela im Pani rad?
  • Świat się tak zmienia, że coraz częściej nie umiem im radzić. Moja babka mówiła, że trzeba spostrzec moment, kiedy należy przestać żądać od dzieci, aby słuchały i zacząć ich słuchać.
  • To jest właśnie ten moment?
  • No niezupełnie, dzieci mam bardzo dobre, inteligentne, przystojne, co brzmi może okropnie w ustach matki, generalnie kochają życie, ale ja jeszcze na razie sama sobą trochę „porządzę”.
  • Dwóch pianistów w rodzinie. Byli państwo dla siebie konkurencją?
  • Staraliśmy się nie konkurować, ale ludzie chętnie robili porównania, co było chyba nieuniknione, choć niezbyt sympatyczne. Ten związek dużo mi dał, przede wszystkim piękne dzieci, ale i niewątpliwą korzyść artystyczną, wpłynął na mnie rozwijająco.
  • A dziś?
  • Pracujemy razem, mamy wspólne cele, a dzieci są chyba równie dumne z ojca jak i ze mnie.
  • Pięknie Pani mówi o byłym mężu...
  • Mogę też powiedzieć wiele niedobrych rzeczy, ale po co? Wolę pamiętać dobre. Jest to może naiwne, może nawet nieżyciowe, ale niech już taka będę.
  • W ten sposób dostaje się od życia kuksańce.
  • Ja to nazywam siniakami i proszę mi wierzyć, że wolę siniaki niż wrzody. Jako młoda osoba byłam chmurna, rzadko uśmiechająca się, a teraz jestem coraz częściej pogodna. Może tak się starzeję? A może doceniam, że wiele rzeczy udaje mi się bez specjalnej własnej zasługi i że los ma mnie w swojej opiece.
  • Nie wali Pani głową w mur?
  • Waleczność nie jest moją cechą dominującą, a jeżeli już mnie dopadnie, dotyczy to raczej spraw pryncypialnych, niźli moich własnych. Swoje życie układam raczej na zasadzie przeczekania, odpuszczenia. Nigdy zębami i pazurami nie walczyłam o swoje, a mimo to dostaję podarunki od losu.
  • Na przykład?
  • W tej chwili to osiemnastoletni uczeń, który daje mi ogromnie dużo szczęścia. Mógłby już właściwie rozpocząć międzynarodową karierę, nazywa się Rafał Blechacz, proszę zapamiętać to na­zwisko!
  • Nigdy nie myślała Pani o powrocie do Bułgarii?
  • Czuję się Polką, tu jest moje miejsce. Ubolewam nad tym, co się dzieje w moim rodzinnym kraju, ponad milion młodych inteligentów wyjechało stamtąd. A Polacy - urodzeni malkontenci, powinni może zobaczyć, jak to tam wygląda, żeby docenili naszą sytuację, chociaż w kulturze też nie jest przecież tutaj dobrze.
  • Jakby pracy było mało, działa Pani w Gdańskim Stowarzyszeniu Miłośników Muzyki.
  • Zaczęło się od fortepianu. To była taka trochę spontaniczna reakcja na bardzo zły instrument, na którym grałam koncert w Ratuszu. Cała moja praca wzięła w łeb, ale na szczęście spotkaliśmy wspaniałego człowieka. Pan Wincenty Broniwój-Orliński z Hamburga, fantastyczny Polak, zrobił gdańskim melomanom prezent i kupił instrument. Ostatnio organizowaliśmy festiwal muzyki Schu-berta, a ja obchodziłam trzydziestolecie swojej pracy.
  • Pan Orliński stał się w jakiś sposób złota rybką, spełnił Pani marzenia.
  • Stawiam sobie w życiu raczej cele, nie liczę na cuda, ale najważniejsze dla mnie, aby moje dzieci i przyszłe wnuki mogły żyć w spokoju.