„Nie kichać na Blechacza!”

Z prof. Katarzyną Popową-Zydroń rozmawiała Teresa Torańska („Wysokie Obcasy”, 19 listopada 2005r.)

  • Miała Pani rzucić palenie.
  • Och nie, niech pani przestanie! Syn też mi wczoraj powiedział: mama, ty jesteś teraz bardzo ważną profesorką, idź do fryzjera, musisz o siebie zadbać.
  • Palenie obiecała Pani rzucić, jeśli Rafał wygra Konkurs Chopinowski.
  • Ja? Komu?!
  • Księdzu Andrzejczakowi - przyjacielowi rodziny Blechaczów. W palarni Filharmonii Narodowej paliliście we dwójkę, czekając na wynik Konkursu, i przyrzekliście sobie, że...
  • A on już rzucił?
  • Rzuca.
  • (śmiech)
  • 30 lat temu, w 1975 roku, były sporty, włosy ściągnięte gumką i czarny sweter.
  • Powyciągany. Oraz duże okulary. Strasznie awangardowa wydawałam się sobie.
  • I mówiła Pani: „Życie pianistki może być interesujące prawie tak samo jak zakochanej żony. Pod warunkiem że nie zakłóciłoby tego pierwszego”.
  • Co pani mi odczytuje?
  • „Gdybym z czegokolwiek musiała zrezygnować, tobym umarła. Najważniejsze jest to, żeby nigdy nie znudziło się żyć”. To fragment wywiadu sprzed 30 lat, którego udzieliła Pani Teresie Krzemień z tygodnika „Kultura” jako uczestniczka IX Konkursu Chopinowskiego.
  • O Boże! Ja tak mówiłam? Ale byłam głupia! Byłam w euforii, po drugim etapie czułam się gwiazdą. Udzielałam wywiadów, pozowałam do zdjęć, jakiś malarz, pamiętam: muszę panią narysować - powiedział - bo jest pani jedną z faworytek. Byłam w siódmym niebie. Głupota.
  • Nie, to fajne. „Wiem na pewno, że ode mnie zależy, jakie będzie to życie. Przecenianie swoich możliwości to głupota. Wolę małe kompleksy niż samouwielbienie”.
  • Nie, nie, wystarczy, po co to pani powyciągała?
  • Dlatego że „oto do finału Konkursu Chopinowskiego - napisał o Pani wtedy Piotr Wierzbicki - nie weszła Popowa-Zydroń, która była jedyną wśród Polek inteligentną, myślącą pianistką, grającą nie tylko pod dyktando pedagogów”.
  • Wtedy, w trzecim etapie Konkursu, miałam grypę, po antybiotykach czułam się osłabiona, fatalnie.
  • Spadła Pani z piątego miejsca na dziesiąte.
  • Dostałam wyróżnienie. I bardzo dobrze.
  • Co dobrze?
  • To było bardzo dobre posunięcie ze strony Opatrzności. Bo gdybym dostała wyższe miejsce, miałabym więcej propozycji koncertowych i kariera pianistki bardziej by mnie kusiła.
  • Zaraz, zaraz, nie chciała Pani być pianistką?
  • Bardzo chciałam, ale chciałam też robić wiele innych rzeczy. Życie mnie po prostu interesowało. Lubiłam towarzystwo, lubiłam chodzić do kina, do teatru, czytać książki. Siedzenie przy instrumencie godzinami, w samotności wydawało mi się dość męczącym zajęciem. Poza tym chciałam mieć rodzinę, dzieci.
  • Nie da się połączyć.
  • No, to jest wyższa szkoła jazdy. Mężczyźni potrafią to sobie jakoś ułożyć. Ale w przypadku kobiety jest to bardzo, bardzo trudne. Żaden mąż nie lubi rozjeżdżającej się po świecie żony. Trzeba by szukać specyficznego.
  • Takiego, jakiego miała Halina Czerny-Stefańska?
  • No, no. Ludwik Stefański był wielkim człowiekiem i fantastycznym profesorem.
    Trochę pokoncertowałam, owszem, ale branie walizki i jechanie gdzieś, gdzie nikogo się nie zna, wychodzenie do publiczności, do setek nieznanych osób, które przyszły, by cię ocenić, nie było dla mnie przyjemnie. Nie, mnie to nie podniecało. W przeddzień nie możesz pójść zwiedzać miasta, bo się zmęczysz, przemokniesz. Wieczorem siedzisz sama w hotelu i zastanawiasz się, dokąd pójść na kolację, gdzie nikt cię nie będzie zaczepiał, okropne.
  • Trzeba mieć tatę.
  • Rafał ma. Tata bardzo się o niego troszczy. Strasznie mnie cieszy, że ten mały tak lubi grać dla ludzi, uwielbia mieć pełną salę.
  • Co się lubi, oklaski?
  • A może tę ciszę, która blokuje oddech, gdy trzeba wytrzymać jakąś fermatę albo zrobić pauzę. A może tę ciszę, kiedy już się skończyło grać i publiczność nie wyszła jeszcze z transu, jeszcze nie bije braw, jeszcze czeka, oszołomiona, aż wybrzmi ostatni dźwięk.
    Byłam na koncercie Grigorija Sokołowa w Dusznikach Zdroju. Skończył grać, fantastycznie, cudownie, wstał i zaczął się kłaniać publiczności trochę jeszcze nieobecny. Zrobiło mi się głupio. Co za dziwaczny rytuał - pomyślałam - że my tu siedzimy rozparci w fotelach, a artysta się kłania. Na miłość boską, to my powinniśmy wstać i ukłonić się jemu, a nie on nam.
    Rafał, kiedy przez dłuższy czas nie koncertuje, niemal chodzi po ścianach, żeby wystąpić. Mówię mu nieraz: tyle szczęścia możesz dać ludziom, to jest twoje zadanie życiowe, twoja misja, musisz zrobić wszystko, by tę misję spełnić. I on to robi. I to jest cudowne.
    Moja babcia miała takie powiedzenie: są drzewa, które płodzą, i takie, które są piękne.
  • Pani?
  • Od dosyć dawna wiedziałam, że świat doskonale obejdzie się bez mego grania, a moje dzieci bez matki - nie.
  • Dwójka?
  • Córka ma 25 lat, a syn 23. Syn kończy SGH w Warszawie, a córka bułgarystykę w Poznaniu. Udały mi się. Najchętniej gram teraz w Gdańsku. Niektórzy uważają, że najgorzej gra się w domu, a mnie najlepiej. Wiem, dla kogo gram, mam osobisty kontakt z ludźmi. Przychodzi cała masa życzliwych przyjaciół. A kiedy przyjdzie jakiś nieprzyjaciel, to najwyżej zrobię mu przyjemność, gdy mi się coś omsknie z ręką.
    Fajnie grało mi się w rodzinnym domu w Sofii. Cóż to były za wspaniałe niedziele! Nie było telewizorów, oczywiście. Ojciec wyciągał skrzypce. Mama otwierała swoje albumy z pieśniami Schumanna, Schuberta, Brahmsa. Ja jej akompaniowałam, do dzisiaj uwielbiam grać ze śpiewakami. Siostra grała na flecie. Mama miała piękny głos.
  • Z zawodu była anglistką.
  • Pracowała wówczas w agencji prasowej, tłumaczyła depesze. Potwornie się bała, jedno fałszywe słowo i straszne konsekwencje. Była bezpartyjna, cała nasza rodzina była bezpartyjna, z przeszłością niedobrze widzianą przez władzę ludową. Mój dziadek był przed wojną członkiem parlamentu bułgarskiego, należał do partii chłopskiej, nie znam polskiej nazwy.
  • Bułgarski Ludowy Związek Chłopski, bardzo silna partia, opozycyjna, jej szef Nikoła Petkow został w 1947 roku stracony.
  • Dziadek nie był chłopem, ale miał kawałek góry w Rodopach. Mój dziadowujek został rozstrzelany przez sąd ludowy za antybolszewizm. Był dziennikarzem, teraz go zrehabilitowano. Ojciec studiował przed wojną na politechnice w Niemczech, a mama rok w Anglii i potem w Sofii skończyła amerykański college. Szefa tego college'u oskarżono po wojnie o szpiegostwo, brr. Niedziele więc były świętem. Czasami na muzykowanie przychodziły też ciotki. Jedna studiowała ze dwa lata fortepian w Paryżu. Druga fortepian w Berlinie, była znakomitą nauczycielką.
    Kiedy skończyłam podstawową szkołę muzyczną, mama przyszła któregoś wieczora do mnie do łóżka i: nie będziesz pianistką - powiedziała - jesteś za leniwa i w ogóle to nie jest zawód dla ciebie. Zapowietrzyłam się w pierwszej chwili, bo byłam naprawdę zdolna, wygrywałam konkursy ogólnobułgarskie dla młodych talentów i następnego dnia miałam zdawać egzamin do średniej szkoły muzycznej. Ten zawód - wytłumaczyła mi mama - nie jest dla kobiety i w ogóle bez przyszłości. Mama miała bardzo silną osobowość. I ze mną postąpiła tak jak jej ojciec z nią. Chciała być śpiewaczką. Ale jej ojciec stwierdził, że to nie jest zawód dla panienki z dobrego domu, panienka nie powinna występować dla rozrywki, na scenie, tylko musi mieć porządny zawód.
    Następnego dnia zamiast do szkoły muzycznej na egzamin pojechałam na praktyki robotnicze do PGR, bo wtedy w Bułgarii dzieci wysyłano zbierać pomidory. I poszłam do liceum ogólnokształcącego z wykładowym niemieckim. Pierwszy rok byłam cała happy, że nie muszę grać. W drugim roku czułam się trochę gorzej, bo w liceum dużo czasu musiałam poświęcać na naukę, by się nie kompromitować, a w trzecim roku zaczęłam coś pisać, jakieś wiersze. Prawdopodobnie musiałam znaleźć ujście dla swoich fantazji.
  • Nie grała Pani?
  • Nie. Nie chciało mi się, szczerze mówiąc.
  • Nic a nic?
  • Może ze dwa-trzy razy coś tam spróbowałam, ale gdy słyszałam te swoje nienaćwiczone palce, które z trudem wydobywały jakieś przypadkowe dźwięki, szybko odchodziła mi ochota. Byłam zdecydowana iść na medycynę. I dopiero jak przyjechałam do Polski...
  • Jak Pani przyjechała?
  • Wyszłam za mąż za pana Zydronia.
  • Profesora Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu.
  • Wtedy adiunkta. Mama była zdruzgotana. Przerażona różnicą wieku.
  • Tylko 12 lat.
  • Wtedy to wydawało się dużo, bardzo dużo. Ja miałam 18, a on 30. Jedno wielkie szaleństwo. Strasznie mi imponował. Bohema! A ja - panienka z dobrego mieszczańskiego domu. Jego tryb życia był dla mnie egzotyką. Wie pani, ile tak naprawdę go znałam?
  • Miesiąc?
  • Pół. No może przesadzam. Przyjechał do Bułgarii na wakacje w sierpniu - raz. Na Boże Narodzenie - drugi raz. Uklęknął i oświadczył mamie, że chce się ze mną ożenić. Mama wiedziała, że ja i tak zrobię, co zechcę. Byłam bardzo dziecinnym, ale zbuntowanym, niezależnym stworzeniem. Rodzice uznali więc, że lepiej będzie, jak wyjdę za niego za ich zgodą niż wbrew ich zgodzie. Dzikie szczęście miałam po prostu. Okazał się człowiekiem niezwykłego formatu. Pan Bóg widocznie czuwał nade mną. Przyjechałam do Poznania, słowa nie znałam po polsku.
  • Rozmawialiście po niemiecku?
  • Nie, po rosyjsku. Ale szybko nauczyłam się polskiego. Mam zdolności językowe.
  • Mówi Pani bez cienia akcentu.
  • Czuję się Polką.
    Wie pani, czym byłam najbardziej zszokowana po przyjeździe do Polski? Że kobiety siedzą w domu. Że tak mało kobiet pracuje. W Bułgarii w mojej rodzinie wszystkie kobiety pracowały. Zaczęłam się zastanawiać, co z sobą dalej robić. Medycyna w połączeniu z artystycznym zawodem męża wydawała mi się zbyt trudna. Więc co? Może muzyka? Nie będę się męczyć z językiem, pójdę po linii najmniejszego oporu. Chyba we wrześniu 1971 roku pomyślałam: no to przypomnę sobie, jak się gra na fortepianie. Antek kupił mi pianino poznańskiej marki Drygas. Potem kupił mi ogromnego bechsteina. Po pięcioletniej przerwie zaczęłam ćwiczyć swój repertuar ze szkoły podstawowej.
    Znajomi załatwili mi przesłuchanie u Aleksandry Utrecht, znanej wtedy pianistki. Zagrałam jej Balladę As-dur Chopina. Ja w szkole podstawowej byłam naprawdę bardzo zaawansowana. I ona powiedziała: jak pani gra, tak pani gra, ale na pewno grać pani musi. Eksternistycznie skończyłam średnią szkołę muzyczną, gładko dostałam się do Akademii. Szło mi. To pomyślałam sobie, że jak granie wychodzi mi na szóstkę bez żadnego wysiłku, to włożę trochę więcej pracy i popatrzę, co z tego wyniknie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z wielką przyjemnością urządzałam sobie życie sama. Byłam okropnie zakochana w swoim mężu, ale też okropnie niezależną osobą.
  • Wspierał Panią?
  • Antek? No, nie wiem.
    Mieszkaliśmy w starej secesyjnej kamienicy, w jednym pokoju, ogromnym, 60 m kw i pięć metrów wysokości. W jednej części pokoju on malował, w drugiej ja grałam. Godzinami. Nagle chciałam być czymś więcej niż dobrze grającą studentką. Antek - myślę - moich ambicji nie wkalkulował w swoje plany małżeńskie. Ja też nie.
  • Denerwowało go Pani granie?
  • Nie, chyba nie. Ale granie na fortepianie i w ogóle ćwiczenia na instrumencie wymagają oddania, kreowania własnego świata, troszkę wyizolowanego. Człowiek odruchowo szuka samotności, choć czasem jest ona dołująca. Poczucie wewnętrznej samotności jest chyba wkomponowane w zawód artystyczny.
  • Malarz też potrzebuje samotności.
  • Ale nie codziennego treningu. Może malować tydzień, a przez trzy miesiące chodzić i myśleć. A ja musiałam pańszczyznę odrabiać codziennie.
    Wyjechałam do Gdańska. Rozstaliśmy się po trzech latach. Już nie żyje. Do końca byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Pomagał mi radą. Tym, że był.
  • Skąd Gdańsk?
  • Bo w Gdańsku był prof. Zbigniew Śliwiński, pedagog o sporej już sławie. Po dwóch latach zaproponował mi udział w ogólnopolskim konkursie pianistycznym. Dlaczego nie? Pojadę i popatrzę, jak wyglądam na tle. Okazało się, że wyglądam całkiem dobrze. Grałam Bacha, Schuberta, Beethovena, Szymanowskiego i trochę Chopina. Wybrano dwunastkę na polskie eliminacje do Konkursu Chopinowskiego. Program chopinowski był mi praktycznie nieznany. Wyjechałam na studia podyplomowe do Wiednia. Całymi dniami siedziałam w klasie w wiedeńskim konserwatorium i ćwiczyłam jak nigdy w życiu. W ciągu pięciu miesięcy przygotowałam repertuar konkursowy. Pełne szaleństwo.
  • Pod kierunkiem?
  • Prof. Aleksandra Jennera.
    Po powrocie znowu eliminacje i do Konkursu wybrano szóstkę. Wtedy polska ekipa nie była tak liczna jak w tym roku.
  • Był Krystian Zimerman i pięć dziewczyn.
  • Dostałam wysokie notowania i z ciężkim sercem stwierdziłam, że nie ma lekko i czy chcę, czy nie chcę - muszę startować w Konkursie.
  • Dlaczego z ciężkim?
  • Nie powiem.
  • Choć jedno zdanie.
  • Pobawmy się w ryby.
  • O! o! Chodzi o drugiego męża, też artystę?
  • Lwy by, grzyby.
    Pomyślałam: a co mi tam, odpadnę po pierwszym etapie. 0 nie! Po pierwszym to wstyd, mogę po drugim. Bo wie pani (śmiech), miałam być tylko fajna, a wyszło, że - o! o! -jestem zdolna. Moje nazwisko podano w gazetach i zaczęła się afera. Do Towarzystwa Chopinowskiego napłynęły listy, że co to, czy z polską pianistyką jest aż tak źle, by trzeba ją było wspomagać jakąś Rosjanką? Straszne oburzenie!
  • Dlaczego Rosjanką?
  • Przez nazwisko. Uznano, że Popowa musi być Rosjanką.I trzeba było oficjalnie tłumaczyć, że jestem Bułgarką i od trzech lat mam polskie obywatelstwo.
  • Lepiej?
  • No, trochę. Bo anonimowa publiczność i tak wolała prawdziwych Polaków (śmiech).
    Zrobiłam sobie listę rzeczy, których nie należy robić, bo źle skutkują.
  • Teraz?
  • Tak, tak. Dla Rafała.
  • Żeby nie popełnił Pani błędów?
  • Pierwszy, by nie mieszkać w hotelu. Nikt nie wiedział, gdzie mieszka. Jak kiedyś Zimerman. On też był schowany, przyjeżdżał do Filharmonii tylko na własne występy. A reszta uczestników krążyła między hotelem Forum, Akademią Muzyczną na Okólniku, gdzie były fortepiany do ćwiczeń, i Filharmonią. W pełnym rozkojarzeniu, niewyspana. Bo po nocach dzwoniły telefony.
  • Jakie telefony?
  • Nie wiem, głuche. Jacyś złośliwcy zapewne.
    Poza tym żadnych dziennikarzy. Żadnego rozgłosu. Żadnych wywiadów. Pełne skupienie, pełna koncentracja. I zdrowie. Ani jemu, ani nikomu z nas, z osób, które z nim przebywały, nie wolno się zaziębić, złapać grypy. Gdy ktoś przy mnie kichnął, uciekałam: a kysz. Mnie w czasie Konkursu zaraziła mama. Przyjechała z rozgrzanej słońcem Sofii, a tu zimno, deszcz - rozchorowała się. Ja od niej. No, trudno. Wiedziałam, że Rafał ten konkurs może wygrać. Jak będzie chciał.
  • Mógł nie chcieć?
  • Nie, nie, nie o to chodzi. On w ogóle o tym nie myślał. Zastanawiałam się długo, czy i jak mu to powiedzieć. Że wola zwycięstwa jest niezbędna.
    Ach, powiem mu. Przed pierwszym etapem. Niech wie, że zwycięstwo naprawdę jest w zasięgu jego ręki. Powiedziałam: jak zechcesz, to ten konkurs możesz wygrać. Był lekko zdumiony. Moje słowa zrobiły na nim wrażenie. On prawdopodobnie obawiał się takich myśli. Może je od siebie odsuwał. Powtórzył ojcu: wiesz, pani profesor powiedziała, że ja mogę to wygrać.
    Nieraz mu mówiłam: nie myśl o wygranej. To nie są dobre myśli. Modlić się o wygranie to tak, jakby się modliło, by ktoś inny przegrał. Nie gra się przeciwko komuś.
  • Pokazała mu Pani swoje zdjęcie z Zimermanem?
  • To polskiej ekipy z Konkursu z 1975 roku? Nie pamiętam. Jakimś swoim uczniom pokazywałam. Bezbłędnie mnie rozpoznawali (śmiech).
  • Dlaczego mieli nie rozpoznawać?
  • Byłam strasznie chuda. Nawet moja córka była zdziwiona, kiedy wyciągnęłam któregoś razu starą spódnicę z Konkursu. Długą, czarną w kolorowe kwiaty, z jakiegoś aksamitu na poszewki do poduszek. Nie mogła się w nią zmieścić.
    A potem już mówiliśmy z Rafałem tylko o tym, że ma pięknie grać. Tak jak ustaliliśmy. Bo on wszystko umie, nie ma słabych punktów.
    Mówiłam: zawsze trzeba dawać z siebie wszystko, czy to koncert laureatów, czy koncert dla dzieci. Nie można Chopina grać na pół gwizdka. Nie można tego Chopinowi zrobić.
  • Bo patrzy?
  • No, pewnie. A zwłaszcza na Rafała.