„Jest ktoś taki...”

Z prof. Katarzyną Popową-Zydroń rozmawiała Anna Iwanicka-Nijakowska („Biuro Chopin 2010”, III etap XVI  Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, 15 października 2010r.)

  • Pani Profesor, czy według Pani istnieje idealny wzór interpretacji muzyki Fryderyka Chopina?
  • W moim odczuciu ideał dlatego jest ideałem, że pozostaje nieosiągalny. Nawet gdyby teoretycznie istniał, ktoś raz by tak zagrał i nie potrzebowalibyśmy Konkursów Chopinowskich.
  • Ogromnym sukcesem Pani jako wybitnego nauczyciela są osiągnięcia Pani wychowanków w Konkursie Chopinowskim - w poprzedniej edycji zwyciężył Rafał Blechacz, a w obecnej Paweł Wakarecy jest już półfinalistą. Gdzie tkwi tajemnica metody Pani Profesor w pracy z utalentowanymi młodymi pianistami, by jak  najbardziej zbliżyli się do tego ideału?
  • Moja metoda to jej brak. Każdy pianista jest przecież inny. Ale rzeczywiście potrafię intuicyjnie dostrzec i wydobyć jego „prawdę o Chopinie”.
  • Są różne podejścia do interpretacji muzyki Chopina, np. jak najbliższa jego własnym wykonaniom...
  • Myślę, że nie do odtworzenia jest sposób gry samego Chopina - zapomnijmy o tym. Najważniejsze, by między nutami, które są tylko znakami graficznymi, odnaleźć muzykę, a w niej swój emocjonalny świat. To jest według mnie jedyna droga, by na scenie być przekonującym. Próba gry jak ktoś inny, choćby nawet tym kimś był domniemany Chopin, to rezygnacja z samego siebie.
  • Czyli rozumiem, że Paweł Wakarecy nie konsultował się np. z Rafałem Blechaczem? Czy spotykali się przed Konkursem na takie wspólne sesje?
  • Z całą pewnością nie mieli kontaktu, bo Rafał, odkąd skończył studia, nie pojawia się nigdy w Akademii w Bydgoszczy.
  • Odniosła Pani też sukces jako pianistka w Konkursie Chopinowskim w 1975 roku, zdobywając wyróżnienie. Z perspektywy lat, którą rolę w Konkursie uważa Pani za trudniejszą: pianisty czy jurora?
  • Na pewno największy ciężar spada na tego, kto wychodzi na estradę. Myślę, że kiedy sama brałam udział w Konkursie Chopinowskim, byłam zbyt nastawiona na to, by grać w sposób doskonały, taki, jaki przedstawiał mi mój profesor. Moje emocje wówczas zostały „przystrzyżone”. Były to inne czasy niż obecnie, wtedy przedmiotem nauczania w akademiach była doskonała interpretacja pojęta w sposób sztywny - akademickie wykonanie. Nie neguję go, uważam wręcz, że każdy powinien być „akademikiem” chociażby po to, żeby potem nim przestać być. Jeśli ktoś wie, co obala i przeciwko czemu powstaje, ma do tego pełną argumentację: przemyślał swoje decyzje, nie podoba mu się, chce inaczej. Jego uzasadnienie jest wtedy logiczne i przekonujące. Jednak jeżeli ktoś łamie jakieś kanony przez przypadek, bo ich po prostu nie widzi, to jest po prostu amatorem. Jego działanie nie jest dobrze uzasadnione ani w sensie logiki, ani rozwoju psychologicznego. Bo w gruncie rzeczy, kiedy mamy do czynienia z muzyką, to wchodzimy w świat kompozytora i wykonawcy, jakby jednej postaci. Ten świat musi mieć swoją logikę, żeby był zrozumiały dla słuchacza. Jeżeli jest jakimś chaosem, przypadkową składanką pomysłów zasłyszanych, wymyślonych, to nie ma siły komunikatywnej.
  • Czyli najważniejsze jest indywidualne, subiektywne przeżycie muzyki Chopina...
  • ... w oparciu o tekst utworu.
  • Czy posiada Pani własny katalog zasad, których nie można absolutnie złamać jeśli chodzi o interpretację muzyki Chopina? Zestaw karygodnych błędów?
  • Karygodnym błędem jest dla mnie walenie w fortepian (przepraszam za ten kolokwializm). Ideałem jest, kiedy wykonawca tworzy z instrumentem całość. Błędem jest agresywne nastawienie do języka, bo ostatecznie przecież fortepian to jakby narzędzie wypowiedzi pianisty. Jest mi żal fortepianu, żal mi uszu ludzi, którzy słuchają. Widząc tego typu agresję, reaguję na nią bardzo negatywnie. Za błędne uznaję także na pewno pominięcie w utworze kwestii porządku czasu psychologicznego, który nie jest przecież tym samym, co czas zegarowy. Czas psychologiczny jest dość elastyczny i nie powinien mieć nic wspólnego z czasem martwym, metronomicznym.
  • Czy wśród pianistów, którzy nie zostali zakwalifikowani do kolejnych etapów tegorocznego Konkursu Chopinowskiego, zdarzały przypadki osób, u których widać było, że czują Chopina, ale po prostu nie nadają się na konkurs?
  • W pierwszym etapie odpadło dużo uczestników, którzy byli bardzo dobrymi pianistami. Etap ten nie dawał jednak możliwości, by dosłyszeć się, czy ktoś naprawdę dobrze czuje Chopina. Wykonywane wówczas głównie etiudy realizują tylko jeden aspekt pianistyki, a przez nokturn stosunkowo łatwo było się prześlizgnąć grając konwencjonalnie. Zatem błyszcząc w etiudach, dostawało się zielone światło do drugiego etapu, który był już prawdziwym odzwierciedleniem rozumienia muzyki Chopina. Wśród tych czterdziestu osób zauważyłam kilkoro bardzo dobrych pianistów, których żałowałam, że nie mam okazji zweryfikować, czy są dobrymi chopinistami. To, czy  ktoś jest wybitnie predysponowany do Chopina, to trudne pytanie, ponieważ każdy wykonawca jest trochę inny, każdy posiłkuje się Chopinem, żeby nawiązać kontakt z  publicznością. Ale i publiczność składa się z jednostek, nie jest „masą”, do której mówi się wspólnym głosem. Choćby w Jury, składającym się z bardzo wrażliwych i kompetentnych ludzi, powstają właśnie takie dyskusje, że do jednego przemówił ten wykonawca, a do drugiego absolutnie nie. Mogłabym powiedzieć, kto mi się wydaje, że byłby dobrym chopinistą, ale mi nie wolno - regulamin zabrania.
  • Rozumiem, po Konkursie. Ostatnie pytanie, zatem zgodnie z Regulaminem na TAK lub NIE - czy jest wśród półfinalistów ktoś taki, kto Panią szczególnie zachwycił, abstrahując oczywiście od Pawła Wakarecego?
  • A ja powiedziałam, że Paweł Wakarecy mnie zachwycił?
  • Nie mogę o to zapytać.
  • Jest ktoś taki...
  • Dziękuję za rozmowę.